Latem 2016 roku jedyny w swoim rodzaju lokal pop-up wywrócił do góry nogami londyńską scenę kulinarną. Bunyadi – nazwany na cześć hindi „fundamentalny” lub „naturalny” – został okrzyknięty pierwszym w mieście nagi Restauracja. Goście zeszli z niepozornej ulicy w południowo-wschodnim Londynie do oświetlonej świecami jadalni z bambusowymi ściankami i zostawili za sobą nowoczesny świat (i swoje ubrania). Koncepcja trafiła w czuły punkt: w momencie oficjalnej premiery, około 46 000 osób znajdowali się na liście oczekujących, a ich liczba wzrosła do 50 000, zanim lokal został zamknięty. Na tych stronach prześledzimy całą historię The Bunyadi – od radykalnych założeń i wizji założyciela, przez stonowane, zielone menu i surową etykietę, po medialny szum, jaki wywołała, i jej dziedzictwo w świecie kulinarnych eksperymentów.
Bunyadi to trzymiesięczny program pop-up nagi restauracja działająca w Londynie od maja do lipca 2016 r. (Jej założyciel, przedsiębiorca Seb Lyall, celowo planował, że restauracja będzie miała charakter tymczasowy). Od samego początku Bunyadi reklamowało się jako powrót do podstaw – w rzeczywistości jest to słowo z języka hindi bunyadi Oznacza „fundamentalny” lub „naturalny” (w niektórych relacjach „podstawowy” lub po prostu „naturalny”). Chodziło o usunięcie wszystkich „zanieczyszczeń” współczesnego życia podczas kolacji: brak prądu i gazu, urządzeń nagrywających, chemicznych procesów gotowania – i, opcjonalnie, brak ubrań. Lyall opisał cel jako umożliwienie gościom „doświadczenia wieczoru bez żadnych zanieczyszczeń… a nawet bez ubrań, jeśli sobie tego życzą”, nazywając to eksperymentem w „prawdziwym wyzwoleniu”. W praktyce restauracja oferowała menu w całości przygotowywane na surowo lub w piecu opalanym drewnem, z lokalnych, wegańskich i wegetariańskich dań, podawanych na ręcznie robionych glinianych talerzach z jadalne sztućceObowiązywał ścisły zakaz używania telefonów i światła. W pomieszczeniu paliło się zaledwie kilkaset świec, co potęgowało doznania sensoryczne.
Seb Lyall celowo wybrał to słowo bunyadi Aby przekazać filozofię powrotu do natury w restauracji. W językach hindi i urdu. bunyadi dosłownie oznacza „fundamentalny”, „podstawowy” lub „naturalny”, wskazując na to, do czego założyciele chcieli się ograniczyć. Jak zauważono w jednym z komunikatów prasowych, pop-up „opierał się na hindi słowie oznaczającym fundamentalny”. Ten motyw przewijał się we wszystkim, od menu po wystrój: goście jedli przy pustych stołach i świeżych warzywach bez ingerencji nowoczesności, a nawet sztućce były biodegradowalne lub jadalne (frazes podkreślający znaczenie słowa).
Lyall i jego zespół przedstawili projekt jako eksperyment społeczny, w którym liczy się wrażliwość i prostota. W wywiadach wyjaśnił, że zakazując telefonów, oświetlenia i przetworzonych składników, „ludzie powinni mieć szansę cieszyć się i doświadczać wieczoru bez żadnych zanieczyszczeń… a nawet bez ubrań, jeśli sobie tego życzą”. Jadalnia została zaprojektowana w dwóch „strefach” – Ubrany I Czysty – oddzielone wysokimi bambusowymi parawanami. Goście rozpoczynali w odzianym salonie, w białych szatach; ci, którzy zdecydowali się pójść dalej do „czystej” części, mogli przebrać się w szaty przeznaczone wyłącznie do chodzenia nago w prywatnych szatniach. Jedynym oświetleniem były świece (zakaz używania lamp elektrycznych), a wszystkie posiłki były albo surowe, albo przygotowywane na ogniu z drewna. Głównym celem było stworzenie tego, co Lyall nazwał „światem przypominającym Pangeę”, pierwotnej atmosfery, w której współczesny stres znika.
The idea of a “Pangea” dining environment – as if attendees were transported to an earlier, simpler time – recurred in Lyall’s descriptions. He compared the experience to “stripping everything else away,” leaving patrons with only the most basic pleasures of warmth, taste and company. In this spirit, the menu was intentionally minimal: no gas ovens, no imported gimmicks. Even the bar used an avowedly earthy presentation (cocktails served in carved martini glasses, fresh-pressed juices, free cucumber-infused water on each table). This uncluttered approach emphasized the concept of “true liberation,” as Lyall put it – freedom from “chemicals, electricity, [or] gas… even no clothes if they wish”.
Sebastian „Seb” Lyall – londyński przedsiębiorca z branży hotelarskiej – był pomysłodawcą The Bunyadi. Lyall, wielokrotnie nagradzany innowator w świecie eventów, już wcześniej trafił na pierwsze strony gazet dzięki innym projektom immersyjnym. W 2015 roku uruchomił ABQ London, bar koktajlowy w stylu Breaking Bad w odrestaurowanym kamperze, i zbudował portfolio tematycznych barów pop-up za pośrednictwem swojej firmy Lollipop (często stylizowanych na Lollipopup). Te przedsięwzięcia wyprzedały się dzięki samej nowości: bilety na ABQ, jak wiadomo, sprzedały się w ciągu jednej premiery aż 45 000 razy. Bazując na tym sukcesie, Lollipop Lyalla miał na celu „zaangażowanie influencerów jutra” poprzez przekształcenie fantazji w rzeczywistość.
Przejście Lyalla od kamperów science fiction do restauracji, w której nie trzeba się ubrać, może wydawać się spektakularne, ale wpisywało się w schemat prowokacyjnych koncepcji kulinarnych. Współtworzył Lizak W 2015 roku, po projektowaniu wydarzeń dla firm technologicznych, Lyall zdał sobie sprawę, że młodsza publiczność Londynu pragnie niezapomnianych, wspólnych wieczorów. Kiedy bilety-niespodzianki ABQ sprzedały się w ciągu kilku sekund (w ciągu 24 godzin bilety wstępu warte ponad 300 000 funtów zostały wyprzedane), Lyall to zauważył: goście z branży hotelarskiej pragną opowieści opartych na współudziale, a nie tylko menu. Na początku 2016 roku, zapowiedzi PR-owe The Bunyadi autorstwa Lyalla wywołały euforię wśród londyńczyków. Jak żartobliwie napisano w jednym z artykułów: „Powiedziano mi, że od czasu recesji w Paryżu jest kilka pustych lokali i chętnie byśmy tam pojechali, żeby je otworzyć”, co odzwierciedlało plany samego Lyalla. Najpierw jednak zaproponował śmiały eksperyment społeczny u siebie.
Deklarowaną misją Lollipop było „przedefiniowanie gościnności” poprzez interaktywne doświadczenia. Do 2016 roku Lollipop stworzył kilka „tajnych” miejsc i wydarzeń: bar w kamperze ABQ (tylko dla dorosłych, z kolbami z laboratorium chemicznego jako szklankami), tymczasowe kluby kulinarne, a nawet klub plażowy w stylu glampingu na pustyni. W każdym przypadku zespół Lyalla opracował misterne motywy przewodnie i marketing wirusowy. Stał się znany w prasie jako „seryjny przedsiębiorca”, który planował, aby „ludzie zostawiali telefony i ubrania za drzwiami”. Do końca 2016 roku portfolio Lollipop rozrosło się do ośmiu odrębnych marek, od stylowych barów po sale balowe na Halloween. Bunyadi wpisywało się w ten schemat: kolejny ekskluzywny, eksperymentalny koncept, w którym udział (nago lub w inny sposób) był atrakcją.
At the heart of Lyall’s pitch for The Bunyadi was a personal philosophy about body and social taboos. Interviews show he wanted diners to “look at our bodies without sex, [to] be comfortable,” decoupling nudity from sexuality. In his own words: “We believe people should get the chance to enjoy a night out without any impurities… and even no clothes if they wish to”. Lyall framed this as a social revolution: a safe, judgment-free space where clothing was optional and conversation was foregrounded. He told Business Insider he saw it as a “nudist social experiment” and that any visitor could keep their robe on if that made them feel better. Indeed, Lyall promised that “anyone is welcome to chow down stark naked, should they so choose” – a radical invitation that nevertheless drew mainstream media curiosity.
Wejście do The Bunyadi było celowo dezorientujące. Zewnętrzna fasada nie dawała żadnej wskazówki, co znajduje się w środku – mroczna fasada w cichej londyńskiej dzielnicy. Po przybyciu goście byli witani w skromnym barze koktajlowym; tam zdejmowali wierzchnie płaszcze i cenne przedmioty, a następnie wkładali świeży biały szlafrok i kapcie. Jeden z pierwszych gości opisał uczucie „bardzo eleganckiego… jakby miał zostać rozpieszczony w drogim spa”. Przed główną jadalnią lampa w barze rzucała wystarczająco dużo światła, by dostrzec ludzi w szlafrokach rozmawiających lub popijających wodę z ogórkiem. Personel przypomniał wszystkim o zasadach obowiązujących w lokalu: wyłącz telefony i schowaj je w szafkach, a także zabrania fotografowania. Ta nagła cisza nadała kontemplacyjny ton.
Podróż ciągnęła się wąskim korytarzem, otoczonym szafkami i dwiema małymi przebieralniami. Mężczyźni i kobiety kierowali się do tych zasłoniętych bocznymi komnatami, aby schować swoje szaty i ubrania, jeśli zamierzali zjeść posiłek au naturel. Muzyka lounge ustąpiła miejsca niemal całkowitej ciszy. Jak wspominał jeden z gości, napięcie i chichoty ustąpiły miejsca zaskakująco szczerej rozmowie, gdy tylko drzwi się zamknęły. „Miałem wątpliwości co do braku technologii” – napisał później bloger – „ale dzięki naszym wyostrzonym zmysłom spowodowanym brakiem światła… nerwowe chichoty przerodziły się w dość głęboką rozmowę… i było naprawdę cudownie”. Innymi słowy, wymuszony cyfrowy detoks przełamał lody: bez ekranów, za którymi można by się schować, większość gości czuła się swobodniej, rozmawiając i słuchając bardziej otwarcie.
Zasady zameldowania były jasne. Każda osoba oddawała telefony i aparaty fotograficzne do szafek – nagrywanie wieczoru było zabronione. Jak opisał Condé Nast Traveler, goście zostali poproszeni o wyłączenie telefonów przy drzwiach i oddanie ubrań wierzchnich. Jedynymi przedmiotami dozwolonymi w jadalniach były szlafrok i wszelkie drobne przedmioty osobiste (które przechowywano w osobistych przegródkach). Co najważniejsze, nagość była zabroniona. fakultatywnyCi, którzy czuli się komfortowo, mogli całkowicie się rozebrać (w pokojach znajdowały się ławki i wieszaki na szlafroki), ale wielu gości decydowało się na pozostanie w szlafrokach lub bieliźnie. Nawet personel przestrzegał dress code’u: kelnerzy nosili cielistą bieliznę i strategicznie rozmieszczone liście zakrywające części ciała, a między stolikami chodzili z gołym torsem. (Jeden szczególnie odważny kelner wszedł do lokalu w samych stringach z figowego liścia, podkreślając wyzwalający, naturalistyczny charakter eksperymentu).
Zasady spisane – wydrukowane na eleganckim pergaminie – rozdawano po zajęciu miejsc. Podkreślały one przede wszystkim szacunek i prywatność. Wszystkie relacje odnotowują uniwersalne napomnienie: „Zabrania się wszelkich nieprzyzwoitych zachowań, uciążliwości i aktywności seksualnej jakiegokolwiek rodzaju”W praktyce stworzyło to zaskakująco spokojną atmosferę: gości zachęcano do zachowywania się tak, jak w eleganckiej jadalni, w której nie ma nagości. Kelnerzy i organizatorzy dyskretnie obserwowali, dbając o komfort gości; ci, u których podwyższona była temperatura lub którzy się wahali, mogli trzymać szlafroki mocno zapięte. Ostatecznie zameldowanie nadało ton zabawnej ciekawości, a nie lękowi. Jak ujął to jeden z gości, surowe, ale osobliwe zasady sprawiły, że wieczór wydawał się bezpieczną, wspólną przygodą.
Po wejściu do słabo oświetlonej jadalni, goście byli prowadzeni do małych, drewnianych ławek z pni drzew, umieszczonych w prywatnych, bambusowych boksach. Każdy moduł do siedzenia przypominał kabinę w stylu zen: wysokie, tkane przepierzenia ograniczały widoczność między stolikami, tworząc intymny kokon. Goście stali na ławce, aby zdjąć szaty i położyć je (starannie złożone) na pniach, a następnie usiąść. Jeśli ktoś był nieśmiały, mógł po prostu usiąść w szacie i trzymać ją blisko siebie – wielu tak robiło, dzięki czemu przestrzeń wydawała się tak elastyczna, jak chcieli. Mankiety lnianych szat z nadrukiem Buddy, złożone, aby ukryć stopy, tworzyły rytualną atmosferę: zrzucanie z siebie codzienności. Jeden z blogów opisał, jak stojąc tam, „czuł się, jakbym się strasznie zgubił w drodze z pokoju hotelowego do spa”.
Przydatny, praktyczny dodatek: zapewniono miękkie, tkane kapcie, dzięki czemu nawet całkowicie nadzy goście mieli czyste stopy. Wszyscy mieli zapewnione, że symbole skromności (ręczniki kąpielowe, dodatkowe szlafroki) są dostępne w każdej chwili. Dzięki temu łagodnemu wprowadzeniu, nieznajomi szybko poczuli się komfortowo, a w sali zapadła cisza, gdy goście zajęli miejsca przy stolikach.
Główna jadalnia była studium ciepłego minimalizmu. Nad głowami wisiały plecione bambusowe lampiony i grona świec, zalewając pomieszczenie migoczącym bursztynowym światłem. Powietrze było lekko wilgotne i ciepłe – celowo przypominające delikatną tropikalną bryzę. Stoły były bardzo niskie (w wielu przypadkach były to stołki z pni drzew), więc goście siedzieli wokół nich po turecku. Na każdym drewnianym stole stała mała żywa roślina lub wazon, dodając organicznego akcentu do surowej scenerii. Jedynymi dźwiękami były delikatne kapanie topiącego się wosku ze świecy i stłumiony szmer rozmów. Ta zasada „zero elektryczności, tylko światło natury” wzmacniała wrażenie wyjścia poza czas.
Za każdym stołem cienkie bambusowe parawany zapewniały wizualną prywatność. Przegrody były półprzezroczyste – jeden z gości przyznał później, że od czasu do czasu dostrzegał „błysk pupy” z sąsiednich boksów. Jednak przez większość czasu każda grupa czuła się zamknięta w swoim własnym, otoczonym bambusowymi ścianami zaciszu. Jak zauważył jeden z recenzentów, czuło się „jak w haremie Dzwoneczka”, z migoczącymi sylwetkami za ścianą z trzcin. Efekt był jednak raczej uspokajający niż skandaliczny: blask świecy sprawiał, że odcienie skóry były łagodne i momentami niewyraźne, co wielu uważało za kojące. W każdym razie, oszczędny wystrój sprawiał, że uwaga skupiała się na jedzeniu i towarzystwie.
Goście nigdy nie byli zmuszani do całkowitego nagości. W rzeczywistości, podczas każdego posiłku zawsze było co najmniej kilka stolików, przy których jedli w pełni lub częściowo ubrani. Według relacji, około 60–70% gości decydowało się na rozebranie się po pierwszym daniu. (Ci, którzy to robili, zgodnie z etykietą, musieli zarzucić szatę na oparcie kikuta). Wielu, którzy nie zdejmowali szat, powoływało się na skromność lub szacunek dla osoby, z którą się spotykali – i nikt nie protestował. Sam Lyall podkreślał ten wybór: jak podsumował jeden z lokalnych dziennikarzy: „Każdy może jeść nago, jeśli tylko zechce”.
Co ciekawe, dla tych, którzy rzeczywiście szli nago, doświadczenie to często wydawało się niczym niezwykłym po początkowym dreszczyku emocji. Starsza para nudystów, jedząca kolację tego wieczoru, powiedziała jednemu reporterowi, że ledwo zauważali swoje nagie ciała; młodszy dziennikarz zauważył, że „obecność ich nagich ciał natychmiast zniknęła”, gdy rozmowa przejęła kontrolę. Innymi słowy, to, co mogło być szokującą nowością, zblakło w tle jako kolejny szczegół wieczoru. Konsensus był jasny: bycie nago w The Bunyadi było początkowo niezręczne, a potem niespodziewanie normalne. Jak ujął to jeden z gości, bez telefonów i innych rozpraszaczy, goście po prostu skupili całą uwagę na sobie nawzajem i posiłku.
Surowe zasady restauracji zapewniały atmosferę szacunku i dyskrecji. Przy wejściu każdy z gości otrzymywał regulamin określający zasady postępowania. Wśród kluczowych punktów (wywieszonych na każdym stoliku) znalazły się: całkowity zakaz używania telefonów i aparatów fotograficznych; obowiązek noszenia szlafroków z wyjątkiem sytuacji prywatnych; oraz bezwzględny zakaz wszelkich form aktywności seksualnej. Jak dosadnie ujęło to jedno ze źródeł: Pierwsza zasada Bunyadi głosi: „Zabrania się wszelkich nieprzyzwoitych zachowań, uciążliwości i aktywności seksualnej”. Każdy gość naruszający ten zakaz zostanie natychmiast wyproszony z obiektu.
Program kulinarny w Bunyadi był równie radykalny, co tamtejszy dress code. Nie było widać ani kuchenki gazowej, ani mikrofalówki – zamiast tego większość dań była podawana w stanie surowym lub delikatnie podgrzewana na węglu drzewnym. Lollipopup nazwał to… restauracja z surowym jedzeniemI rzeczywiście, szefowie kuchni tworzyli z warzyw, owoców, orzechów i fermentowanych składników kunsztowne dania. Wyobraźcie sobie marynowane grzyby, marynowane pomidory, spiralizowane surowe warzywa, wędzone papadumy – podawane w tak wyrazisty sposób, że ciepło zmieniłoby ich smak. Jak czytamy w komunikacie prasowym, posiłki były „grillowane na ogniu opalanym drewnem i podawane na ręcznie robionej glinianej zastawie z jadalnymi sztućcami”. Dzięki temu podejściu jedzenie było tak „naturalne”, jak sama koncepcja: minimalna obróbka, maksymalna świeżość.
Kilka dań firmowych podkreślało tę filozofię. Jedną z zapadających w pamięć przystawek była faszerowany kwiat cukinii (kwiat cukinii) nadziewany prosem ziołowym i surowymi serami, przeznaczony do spożycia bez użycia sztućców. Inną popularną potrawą był tian z buraków i marchwi, warstwowe surowe warzywa glazurowane miso i pikantnymi orzechami. Większość dań głównych była wegańska: goście próbowali bakłażana w chrupiącym nori, pieczarek peklowanych w kokosie i „surowych” pomidorów faszerowanych ratatouille – żadne z nich nie trafiło na patelnię. Lyall zauważył, że priorytetem było pozyskiwanie produktów od lokalnych rolników, a menu często się zmieniało, ponieważ każde pole przynosiło nowe plony. Wszystkie dania podawano na ręcznie wykonanych glinianych talerzach, co podkreślało ich ziemisty charakter. Nawet jadalne łyżki (z sezamu lub okruchów orzechów) podkreślały radość powrotu do natury.
Program napojów był równie naturalny. Po wejściu każdy gość otrzymywał firmowy koktajl lub bezalkoholowy. Jeden drink domowy, Akash, połączyła wódkę ze świeżym selerem, jabłkiem, bazylią i – co ciekawe – awokado. (Okazało się hitem, co skłoniło niektórych do zwrócenia uwagi na kreatywne wykorzystanie produktów). Wina były organiczne i oferowane na butelki lub pół butelki w zaskakująco rozsądnej cenie. Czysta, niesłodzona woda ogórkowa była darmowa na każdym stole, co stanowiło nieustanny bonus oczyszczający podniebienie. Po posiłku podawano kawę lub herbatę – schłodzony napar z hibiskusa. Co ważne, wszystkie napoje (nawet koktajle) podawano w niestandardowych naczyniach – bambusowych szklankach lub glinianych kieliszkach z żłobkowaniem – aby uniknąć jakichkolwiek śladów nowoczesnego baru.
Najważniejsze elementy menu: – Faszerowany kwiat cukinii: Kwiaty lokalnej dyni nadziewane prosem z ziołami i pikantną kruszonką orzechową, jedzone bez sztućców.
– Tatar z papryki i buraków: Drobno posiekane buraki i pasternak z wędzoną papryką, podawane z chrupiącymi chipsami bananowymi.
– Sałatka ogrodowa zielona: Surowa cukinia, marchewka i bazylia z edamame, podane z kremem z nerkowców.
– Trio deserowe: Mus z fig i awokado, orzechy glazurowane miodem i sezonowe jagody na talerzach z jadalnymi płatkami kwiatów.
Cena w Bunyadi była porównywalna z cenami ekskluzywnych londyńskich restauracji, co komentowało wielu pierwszych recenzentów. Początkowo trzydaniowy posiłek był podawany w… 39 funtów za osobę i pięciodaniowy posiłek £59(Później nieco wzrosło, ale nadal było porównywalne z modnymi wówczas lokalami typu pop-up.) W barze typu lounge można było kupić koktajle w cenie 9–10 funtów Każdy, a ponieważ każde miejsce było pełne, większość osób zjadła pełną, wielodaniową kolację. Nie doliczono podatku, ale zgodnie z tradycją, zalecano niewielki napiwek dla uprzejmej obsługi z odsłoniętym torsem. Płatności dokonywano z góry za pośrednictwem systemu rezerwacji, więc goście musieli jedynie podać imię i nazwisko oraz numer karty kredytowej, aby zagwarantować sobie miejsce.
Bunyadi stał się viralową sensacją jeszcze przed otwarciem. Zespół marketingowy opublikował kuszące zwiastuny i w ciągu kilku dni utworzyła się lista oczekujących. Liczba chętnych rosła błyskawicznie: pod koniec kwietnia 2016 r. ponad 11 000 Na liście było już wiele nazwisk. W ciągu kilku tygodni liczba ta gwałtownie wzrosła. Główne media donosiły, że do dnia otwarcia „The Bunyadi” liczyło około 46,000 Ludzie ustawiali się w kolejce po szczupłe, 42 dostępne miejsca na noc. (W jednym artykule opisano nawet, że w połowie lata było ich „prawie 50 000”). W szczytowym momencie lista była bardziej mitycznym symbolem niż praktyczną rzeczywistością – w rzeczywistości tylko kilkaset osób mogło zjeść, a nowe nazwiska stopniowo się pojawiały w miarę odwoływania rezerwacji przez gości. Mimo to skala zainteresowania była bezprecedensowa.
Relacje medialne jeszcze bardziej podsyciły to szaleństwo. Buzzfeed, The Guardian i inne media międzynarodowe opublikowały galerie zdjęć i humorystyczne artykuły na temat tego zjawiska. W materiałach prasowych pokazano, jak personel poucza zdenerwowanych gości i jak 46 000 osób na liście oczekujących na stoliku dowodzi brytyjskiego zamiłowania do dziwactw. Sam Lyall stał się niewielką gwiazdą; NPR i krajowe gazety przeprowadziły z nim wywiady, a ekipy telewizyjne filmowały przebieralnie (oczywiście w ubraniach). Historię pop-upu cytowano aż po Indie i Australię, często pod nagłówkami takimi jak: „Pierwsza w Londynie restauracja dla osób nagich cieszy się ogromnym popytem”. To ogólnoświatowe wydarzenie sprawiło, że wielu ciekawskich turystów przechodziło obok tego mało znanego miejsca, licząc na znalezienie wolnego miejsca na ostatnią chwilę.
Dlaczego ten pomysł tak bardzo poruszył wyobraźnię? Po części wynikało to z czystej oryginalności i odrobiny bezczelnego przełamywania tabu (obiad nago jest wciąż rzadkością w mainstreamie). Komentatorzy zwrócili jednak uwagę na szersze trendy: ludzie szukali wzruszenie religijne W kwestii towarów, a pozytywne nastawienie do ciała wkraczało w ducha epoki. Bunyadi skorzystało na medialnej burzy, która wywołała ciekawość typu „na serio?”. Anegdotycznie, nawet osoby, które nigdy nie miały zamiaru się tam pojawić, chłonęły tę historię ze względu na jej bezczelność. Jeden z felietonistów magazynu „City” ironicznie zauważył, że przy takiej liście oczekujących było jasne, że „niepokonana moc mody” ponownie zaatakowała Londyn.
Z marketingowego punktu widzenia, założyciele Bunyadi stworzyli strategię viralową: połączenie ścisłej ekskluzywności (miejsca siedzące tylko dla gości), prowokacyjnego motywu i przyjaznych dla mediów społecznościowych wizualizacji (bambusowe kapsuły do jedzenia i obsługa z odkrytymi ramionami) było nie do odparcia. Niemal każdy artykuł podawał dokładną liczbę osób na liście oczekujących; znalezienie się na liście stało się symbolem bycia modnym. Lyall powiedział w wywiadzie dla Country & Town House, że codziennie otrzymuje setki e-maili od pełnych nadziei klientów, a nawet inwestorów. Później zażartował, że widząc zainteresowanie z zagranicy, zdał sobie sprawę, że „chcielibyśmy tam pojechać i otworzyć” w Paryżu – co ostatecznie uczynił jesienią.
Pod śmiałą koncepcją krył się starannie zaprojektowany projekt The Bunyadi. Miejscem spotkania był przebudowany magazyn w pobliżu londyńskiego Elephant and Castle – niepozorna fasada, a niezwykłe wnętrze. Po wejściu do głównej części wypoczynkowej, scena była celowo surrealistyczna. Migoczące świece w niskich glinianych misach stały wzdłuż każdego stolika, rzucając tańczące cienie na bambusowe ściany. Powietrze było ciepłe i lekko wilgotne – niczym śródziemnomorska noc – a część personelu dostosowała to do komfortu, aby zmarznięte, napięte ciało czuło się spokojniejsze. Meble były oszczędne: ręcznie ciosane stołki z pnia drzewa i niskie stoliki stanowiły podstawę każdej loży. Jednym z eleganckich akcentów było polecenie gościom, aby… usiąść na ich szacie, jakby była niewidzialną poduszką, wzmacniającą higienę i skromność.
Same ścianki działowe zostały mistrzowsko wykonane. Wysokie, przypominające kratownicę bambusowe ścianki działowe dzieliły salę na mniejsze moduły, mieszczące od 2 do 6 osób. Z zewnątrz przez te ścianki widać było jedynie sylwetki i ciepły blask świec – efekt, który anonimizował sąsiadów. Ścianki były wystarczająco grube, aby zapewnić dyskrecję, ale wystarczająco cienkie, aby wpuścić ciepło panujące w restauracji. Taka konstrukcja oznaczała, że nagi gość przy jednym stoliku najczęściej widział tylko plecy lub bok osoby siedzącej w sąsiednim module, bez bezpośredniego kontaktu wzrokowego. (Jak zauważył jeden z pierwszych klientów, półprzezroczyste ścianki działowe pozwalały na sporadyczne „błyski”, ale w większości przypadków goście czuli się, jakby jedli w swoich małych bambusowych kokonach).
Pomimo panującego tam szumu, lokalizacja The Bunyadi została wybrana tak, aby sprawiała wrażenie dyskretnej. Lokal mieścił się w odnowionym budynku pubowym w mieszkalnej części południowego Londynu – z dala od rzędów wystawnych restauracji. Jedynie niewielki neon i dyskretna ulotka sugerowały jego obecność. Lyall twierdzi, że ta tajemniczość była celowa: tajemnica nieoznakowanych drzwi i zameldowanie w stylu VIP stanowiły część zabawy. Dla mieszkańców miasta znalezienie lokalu przypominało sekretną misję, wzmacniając wrażenie, że goście są wpuszczani do ekskluzywnej przestrzeni. W kilku recenzjach zauważono, że niepozorne wejście sprawiało wrażenie, jakby miało się wejść w „nieznane”, co dodawało dreszczyku emocji.
Wystrój wnętrza składał się niemal wyłącznie z naturalnych materiałów. Za bambusowymi parawanami, podłoga była z matowego drewna, porośniętego rozproszonym mchem i doniczkowymi roślinami na krawędziach. Każde źródło światła było organiczne: prawdziwe świece z wosku pszczelego (nigdy nie diody LED) stały na ręcznie kutych żelaznych świecznikach, a wiszące rattanowe lampiony zapewniały delikatne światło. W dosłownym nawiązaniu do nazwy, nawet sufit ozdobiono akcentami z bambusowego splotu. Rośliny – paprocie, gałązki cytrusów, sukulenty – rosły w kątach i na półkach, sprawiając, że przestrzeń przypominała raczej wewnętrzny ogród niż restaurację. Wszystko to sprawiało wrażenie posiłku na polanie w dżungli lub prymitywnego wiejskiego spotkania, a nie londyńskiej knajpki.
Dobór mebli był zgodny z etosem restauracji: nie było tapicerowanych krzeseł ani wyszukanych dekoracji. Jak donosił jeden z gości, nawet kubki były wykonane z drewna lub ceramiki z rzeźbioną fakturą. Serwetki były grube, z niebielonego lnu. Ogólny efekt był przytulny i ciepły – jeden z recenzentów napisał, że pomimo śmiałego założenia, przestrzeń sprawiała wrażenie „bardzo spa”. Krótko mówiąc, wystrój niemal podświadomie uczył gości relaksu i skupienia się na samym posiłku, a nie na spektaklu nagości.
Po usunięciu wszelkich nowoczesnych rozpraszaczy, zmysły gości były w stanie najwyższej gotowości. Pierwsze wrażenie to słabe światło: nawet w oświetlonym świecami pomieszczeniu, oczy potrzebowały kilku minut, aby się przystosować. Projektanci celowo to zrobili, celowo wprowadzając początkowe momenty nieregularne. Dopiero gdy oczy się przyzwyczaiły, można było w pełni docenić detale: migotanie płomienia w oczach gościa, szorstką fakturę ręcznie robionej porcelany, ziemisty zapach surowych składników. Cisza była głęboka, przerywana jedynie cichą rozmową i sporadycznym brzękiem glinianych łyżek. Wielu uczestników zauważyło, jak brak muzyki lub hałasu otoczenia sprawiał, że każde słowo i dźwięk stawały się ostrzejsze; jeden z nich napisał, że bez telefonów, „hałas rozmów przy innych stolikach… może brzmieć bardzo głośno” zmuszając Cię do mówienia cicho i lepszego słuchania.
Degustacja również stała się bardziej intensywna. Bez bomb solnych i tłustych sosów, świeże smaki były wyraziste. Recenzenci wspominali, że faktycznie czuli smak słońca w surowych pomidorach i dymu w grillowanych warzywach. Nawet tekstury były wyraziste – chrupkość surowej surówki czy chrupkość suszonych krakersów były wyraźniejsze w blasku świec. W efekcie, posiłek w Bunyadi był wyjątkowym doświadczeniem. Jeśli posiłek w normalnej restauracji często jest „na drugim planie”, to tutaj był on bardzo widoczny.
Reakcje krytyków i gości były różne, ale większość relacji była pozytywna lub rozbawienia. Dziennikarze opisali to doświadczenie jako zaskakująco normalne. Reporterka „Guardiana” powiedziała, że przez pierwszą połowę posiłku nie zdejmowała szlafroka, ale pod koniec deseru nagość była ledwo zauważalna. Blogerzy często komentowali jakość jedzenia – wielu było zaskoczonych, że smakowało. Jak ujęto w jednej z recenzji: „Jedzenie nie jest kwestią drugorzędną, jak mogłoby się wydawać”Ekologiczne, świeże menu zostało pochwalone za kreatywność (szczególnie faszerowane kwiaty cukinii i marynowane korzenie), a ręcznie robione koktajle uznano za miły akcent.
Jednak żadna recenzja nie pominęła czynnika absurdu. Jeden z często cytowanych żartów pochodził z artykułu w kanadyjskim National Post: „Właśnie zjadłem surowe tofu i… nie jestem pewien, czy wszystko w porządku” – co ilustruje, jak surrealistyczny był ten posiłek nawet później. Kilku autorów zwróciło uwagę na bambusowe przegrody: choć przeważnie skuteczne, niektórzy zauważyli, że bywają nieco zbyt przezroczyste (co oznacza, że sporadyczna faza pupy była „nieco zaskakująca”). Wiele recenzji zgadzało się co do jednego: wyprawa była bardziej zabawna i ciekawa niż erotyczna. Co więcej, kilka organizacji nudystów pochwaliło eksperyment za normalizację ludzkiego ciała poza kontekstem seksualnym.
Opinie gości w mediach społecznościowych odzwierciedlały te poglądy. Na forach i Twitterze uczestnicy często mówili, że “really enjoyed [their] visit”Jeden z pierwszych gości napisał na Twitterze, że spokój i nowość wieczoru sprzyjały „doskonałej rozmowie” i niezapomnianym doznaniom integracyjnym. Negatywne komentarze skupiały się głównie na osobistym dyskomforcie (niewielka część uznała pomysł za zbyt przytłaczający) lub kosztach (niektórzy uważali, że ceny w menu były nieco wygórowane w stosunku do porcji). Jednak nawet ci krytycy zazwyczaj przyznawali, że samo doświadczenie było warte ceny biletu. Kilku zauważyło, że surowe zasady i kameralna atmosfera sprawiają, że miejsce to nie nadaje się na niezobowiązujące wyjście – „nie dla teściów” było częstym zastrzeżeniem – ale jako awangardowa przygoda została ogólnie uznana za sukces.
Ogólnie rzecz biorąc, szanowane publikacje, takie jak National Geographic i New York Times, opisywały Bunyadi z rozbawieniem i ciekawością, skutecznie nadając jej kulturową legitymację. Restauracja znalazła się na kilku listach „niezwykłych restauracji”, a nawet Ellen DeGeneres wspomniała o niej w telewizji. Te rekomendacje ugruntowały jej reputację nie jako zwykłego chwytu reklamowego, ale jako autentycznego eksperymentu społecznego, wartego omówienia.
Od samego początku Bunyadi miał być projektem ograniczonym czasowo. Jego promotorzy wybrali trzymiesięczny format pop-up, częściowo po to, by uniknąć nadmiernego przedłużania nowości (a częściowo po to, by podtrzymać zainteresowanie prasy). 27 lipca 2016 roku portal Eater.com poinformował, że założyciel Lyall… „zamknij The Bunyadi… po zakończeniu usługi 31 lipca”Restauracja faktycznie została otwarta pod koniec maja, co oznaczało, że działała przez około dziesięć tygodni. Z założenia nie planowano, że stanie się stałym punktem. Lyall wyjaśnił później, że traktował to jako eksperyment koncepcyjny: gdy tylko pomysł okazał się wykonalny (i wywołał globalny szum), nadszedł czas, by ruszyć dalej.
Ostatni wieczór był podobno uroczysty. Przyjaciele personelu i lojalni klienci zostali zaproszeni na specjalną kolację zamykającą. Wystrój był jeszcze bardziej uroczysty – dodatkowe świece i przemówienie pożegnalne – ale formuła pozostała ta sama. Wielu gości skorzystało z okazji, by zjeść posiłek bez milczenia. Fotograf zauważył, że tego ostatniego wieczoru atmosfera była bardziej radosna: niektórzy zdejmowali szaty przy pierwszym daniu, a obsługa grała energiczną muzykę na zakończenie (w przeciwieństwie do poprzedniej ciszy). Sam Lyall wzniósł toast za gości przed deserem, dziękując wszystkim za to, że ryzyko się opłaciło. O północy The Bunyadi dosłownie rozpłynęło się w ciemności; światła w restauracji zgasły (po raz pierwszy od tygodni), a świece zgasły.
Co dalej z zespołem Bunyadi? Zgodnie z obietnicą, Lyall i Lollipop obrali sobie za cel Paryż. Wcześniej, w 2016 roku, otworzyli już francuski oddział ABQ, a teraz, jesienią 2016 roku, otworzyli… O'Naturel w Paryżu – koncept restauracji naked dining, określany jako „duchowy następca” Bunyadi. W Londynie Lyall kontynuował działalność Lollipop, oferując nowe, tymczasowe lokale (m.in. warsztaty kulinarne z Breaking Bad i lokal o kryptonimie „cyfrowy speakeasy”). Pierwotny lokal Elephant & Castle po cichu powrócił do poprzedniego dzierżawcy (prawdopodobnie kolejnego baru lub sali bankietowej). Strona internetowa Lollipop zapowiedziała powrót do Bunyadi, jeśli pozwolą na to warunki, ale do 2024 roku nie było oficjalnego powrotu do Londynu.
Choć istniał krótko, The Bunyadi pozostawił zaskakująco trwały ślad w dyskusjach o jedzeniu i kulturze. Wprowadził ideę jedzenia nago do głównego nurtu i potwierdził jej atrakcyjność turystyczną. W ciągu kilku miesięcy inne miasta poszły w jego ślady: Paryż otworzył O'Naturel (2017–2019) jako własną „restaurację nago”, Tokio ogłosiło Amrita pod koniec 2016 roku, a ośrodki wypoczynkowe zaczęły oferować wieczory z kolacją nago. Koncepcja ta ożywiła również szerszy trend restauracje detoksykujące cyfrowo – lokale, w których obowiązuje zakaz używania telefonów, kluczowe jest zapewnienie cichej atmosfery, a klienci proszeni są o „bycie obecnymi”. Po sukcesie Bunyadi w Londynie pojawiły się tymczasowe punkty specjalnie reklamujące zakaz używania telefonów, a zwykłe restauracje zaczęły eksperymentować z nocami bez telefonów jako nowością.
W branży gastronomii eksperymentalnej Bunyadi udowodniło, że śmiałe koncepcje mogą się sprzedać. Organizatorzy imprez zauważyli: skoro nagi motyw przewodni potrafił zgromadzić pięciocyfrową liczbę osób na liście oczekujących, jakie inne tabu można by przepakować? Bunyadi rzeczywiście podniosło poprzeczkę dla immersyjnych pop-upów, pokazując, że historia I etos Są równie ważne jak menu. Znawcy branży hotelarskiej nazwali to studium przypadku „kreatywnego generowania popytu”. Zbiegło się to również z ruchem body-positivity. Pokazując tak wielu osobom, że wspólna nagość może być niegroźna, a nawet wyzwalająca, pomogło to znormalizować rozmowy o ludzkim ciele w kontekstach nieseksualnych. Badanie psychologiczne z 2021 roku (w Londynie, akurat) wykazało później, że „wspólna nagość może pomóc ludziom docenić swoje ciała”, co odzwierciedlało odczucia niektórych gości tamtej spokojnej nocy w restauracji Bamboo.
Mówiąc konkretnie, The Bunyadi pozostaje kamieniem milowym londyńskiej tradycji kulinarnej. Historycy kulinariów uznają ją za jedną z najbardziej niezwykłych restauracji pop-up w mieście w latach 2010. i pomimo krótkiego istnienia, często wymienia się ją wśród pamiętnych londyńskich restauracji. Nawet dziś, pobieżne wyszukiwanie pozwala znaleźć artykuły i retrospektywy na YouTube na temat „Bunyadi London”, co sugeruje, że jest to wciąż żywa ciekawostka. Lekcja dla restauratorów jest oczywista: czasami szokujący pomysł, zrealizowany z autentycznością i szacunkiem, może stać się fenomenem.
Od czasów Bunyadi kilka innych miast gościło restauracje, w których można było przebywać nago lub bez ubrania – choć żadna nie dorównała skalą londyńskiemu lokalowi tymczasowemu. W Paryżu O'Naturel Został uruchomiony pod koniec 2017 roku jako podobny koncept. Działał około dwóch lat, aż do zamknięcia w 2019 roku. W Tokio, Amrita Otwarto ją w 2016 roku jako restaurację dla nudystów, choć najwyraźniej od tego czasu zakończyła działalność. W Ameryce Północnej zdarzały się pojedyncze wydarzenia (wieczory restauracji dla nudystów w kurortach lub prywatnych klubach), ale nie powstała żadna znana, stała sieć restauracji „nagich”.
Kilka obecnych alternatyw nawiązuje do modelu Bunyadi. Niektóre ekskluzywne kempingi oferują teraz kolacje na świeżym powietrzu dla nudystów; ośrodki naturystyczne często oferują wspólne jadalnie. Coraz częściej restauracje, takie jak kawiarnie oferujące „cyfrowy detoks” lub lokale serwujące kolacje tylko przy świecach, oddają ducha Bunyadi bez nagości – stawiają na oderwanie się od rzeczywistości i prostotę (np. Korzenie i bateria w Londynie, Świeca 79 (w Nowym Jorku). Brak wymogu noszenia butów lub ubrań pozostaje rzadką niszą, prawdopodobnie ze względu na regulacje prawne i bariery społeczne. Mimo to, wciąż istniejąca scena pop-up czasami nawiązuje do The Bunyadi, poruszając tematykę nocy „wolności” lub „ciała”.
Patrząc w przyszłość, przyszłość restauracji bez konieczności noszenia stroju wydaje się zależeć od prywatnych imprez, a nie od restauracji publicznych. Model biznesowy ostatnich 10 000 miejsc na liście oczekujących jest trudny do utrzymania. Wpływ kulturowy jest jednak widoczny: szefowie kuchni i goście restauracji mają teraz punkt odniesienia dla prawdziwie minimalistycznej gościnności. Wpływ Bunyadi pozostaje symbolem: udowodnił, że nawet najbardziej ekstrawagancki pomysł na kolację można zrealizować z wdziękiem i rozwagą. W ten sposób Bunyadi żyje w wyobraźni smakoszy-amatorów i w polityce tych nielicznych lokali, które wciąż odważają się na wszystko.
Poza nowatorskim charakterem, „Bunyadi” odwoływało się do głębszych motywacji psychologicznych, które badacze zaczęli badać. Zasadniczo, wspólna nagość może wzmacniać poczucie akceptacji ciała. Badanie z 2021 roku w… Czasopismo Badań nad Seksem (z siedzibą w Londynie) odkryli, że uczestnicy, którzy spotykali się nago w kontrolowanym otoczeniu, bardziej pozytywny obraz ciała później niż ci, którzy pozostali ubrani. Mówiąc wprost, bycie nago w towarzystwie innych osób w bezpiecznym otoczeniu może zmniejszyć poczucie skrępowania. To prawdopodobnie pomogło wielu gościom Bunyadi poczuć się bardziej zrelaksowanym – zaskoczenie widokiem prawdziwych ciał (często starszych lub o sylwetkach niemodelowych) znormalizowało przekonanie, że „większość z nas nie jest idealna”, jak to ujął jeden z gości.
Wrażliwość również odegrała rolę. Psychologowie zauważają, że dzielenie się wrażliwością (np. wspólne przebywanie nago) często prowadzi do szybszego budowania więzi. Bez barier rozmowa może się pogłębić. Wielu uczestników zgłaszało niespodziewanie intymne rozmowy przy stolikach. Uwolnieni od nawykowej nieśmiałości, goście opowiadali o osobistych historiach i spontanicznie się śmiali. Wystrój Bunyadi w zasadzie wymuszał rodzaj terapii grupowej: każdy wchodzący do bambusowej kapsuły podzielał niewypowiedzianą zgodę na otwartość.
Element „cyfrowego detoksu” był kolejnym celowym bodźcem psychologicznym. We współczesnym świecie jesteśmy zalewani ekranami; ich usunięcie zmusza nas do bycia tu i teraz. Naukowcy badający uważność twierdzą, że oderwanie telefonów może zmniejszyć stres społeczny i sprawić, że doświadczenia będą bardziej wyraziste. W Bunyadi prawdopodobnie wyostrzyło to bodźce sensoryczne (smaki, tekstury, dźwięki otoczenia) i wzmocniło więzi emocjonalne. Wielu gości przyznało, że byli zaskoczeni tym, jak bardzo angażowali się w swoje własne towarzystwo. Wygląda na to, że zasada Lyalla „proszę nie używać telefonów” przyczyniła się do stworzenia unikalnej psychologii w takim samym stopniu, jak sama nagość.
Z perspektywy czasu The Bunyadi stanowi odważny rozdział w historii londyńskiej kuchni. Odniosło sukces nie dzięki serwowaniu wykwintnych trufli czy egzotycznych składników, ale dzięki pozbyciu się niemal wszystkiego – ubrań, gadżetów, ego. Pozostało bardzo ludzkie doświadczenie: interesujące jedzenie, rozmowy przy świecach i wolność postrzegania ciała takim, jakie jest. U niektórych gości prowadziło to do śmiechu i wyzwolenia; u innych prowokowało do refleksji nad zwykłymi tabu. A dla wszystkich oferowało wgląd w to, jak może wyglądać kolacja, gdy pozbędziemy się wszystkich typowych filtrów. Choć jego drzwi zostały zamknięte, wpływ The Bunyadi wciąż żyje w wielu miejscach, które zainspirował. W świecie przesyconym technologią i sztucznością eksperyment Lyalla przypomina nam, że czasami najbardziej podstawowy doświadczenia są najbardziej pamiętne.